Featured

First blog post

This is the post excerpt.

Advertisements

This is your very first post. Click the Edit link to modify or delete it, or start a new post. If you like, use this post to tell readers why you started this blog and what you plan to do with it.

post

Wyprawa pątnicza.

Dzisiaj znowu pani Gosia Pliszka wybudziła nasz pokój nad rankiem (bo o jedenastej) i powiedziała, żebyśmy się razem z moim Romerem oblekli ciepło, bo dzisiaj obiad jest wcześniej, bo o pół do dwunastej, a potem natychtenmiast spieszeni – czyli tramwajem i na piechotę wyruszamy na naszą golgotę, czyli do Bazyliki Łagiewnickiej na odbycie drogi krzyżowej, organizowanej tam przez episkopat dla chorych. Nasza pasja rozpoczęła się tuż za bramą, gdzie nasze trzy opiekunki, panie: Gosia Pliszka, Gosia Guzik i Magda Bogaczyk porozdzielały siebie i nas tak, że mój wózek pchał mój romer, który nota bene już śpi po trudach dzisiejszego dnia, a wózek z panią Świętą z naszego piętra pchała głównie pani Gosia Pliszka. Kiedy po niezliczonych trudach dotarliśmy na błonia pod Bazyliką, ksiądz mówił właśnie o jedenastej stacji krzyżowej Jezusa do krzyża przybicie. Więc nasza siódemka usiadła w podcieniach budowli, a pani Gosia popchała wózek Świętej z wielkim samozaparciem, aby dotrzeć na koniec procesji i zdążyć jeszcze na: Chrystusa z krzyża zdjęcie i Chrystusa do grobu złożenie, poczem pani Gosia – przy współudziale Janka opiekuna, który tu przybył z inną grupą z naszego DPS – u, czyli z grupą pani Basi z terapii zajęciowej – wykonała ten cross przez trawę napowrót. Bo nasza grupa była oczywiście pod wezwaniem pani Świętej. Wreszcie gdy procesja zawróciła dołączyliśmy do jej przodu i weszliśmy do chłodnego wnętrza Bazyliki, gdzie jeden z kleryków wskazał nam miejsca i rozpoczęło się krótkie czuwanie modlitewne, wraz z czytaniem pisma (kwałek o świętym Tomaszu) i kazaniem o cierpieniu przybliżającym nas najbardziej do Chrystusa, bo jeśli właściwie jest nastawienie, to jest ono odzwierciedleniem męki Pańskiej. Później został rozdany komunikant i tu uwaga! Ciekawostka: otóż jednym z koncelebrantów Drogi Krzyżowej i rozdającym komunikant był kapłan z naszego DPS – u, nasz ksiądz Antoni. Czy to awans – nie wiem, bo ostatnio na mszy dla chorych w Łagiewnikach to byłem praszło dziesięć lat temu nazad. A potem gdy wybrzmiały ostatnie akordy wspaniałych organów Bazyliki – która się od tego czasu prawie nie zmieniła, z tym że dodano sześć ozdobnych szklanych otulin na fasadowe kolumny, które mają wtopione różne obrazy, np. pierwszy po prawej przedstawia piastowskiego orła, różaniec i inne wota, bo właśnie tablice wotywne XXI wieku tak wyglądają – po opuszczeniu tego wspaniałego przybytku Pańskiego poszliśmy w prawo do podziemi, gdzie był przygotowany poczęstunek. Bardzo smaczne pierniki i inne słodycze, oraz krokiety z barszczem. Choć niektóre z nieznanych pań chorych, przy naszym stoliku były niepocieszone, że jest takie właśnie menu, więc powybierały z tacek same cukierki czekoladowe reszty nie tknęły, bo dla ich HersztaBaby to właściwe byłyby sernik i makowiec, więc skoro ona wzgardziła tymi darami od Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, takoż i inne, za które ona myśli – choć im rączki same rwały się do krokietów, barszczyków i ciasta – musiały zrezygnować również. A potem każdy z nas otrzymał po świętym obrazku z wizerunkiem Jezusa rozpiętego na krzyżu. Z drugiej strony napis głosi:
Pamiątka Drogi Krzyżowej
Razem na Golgotę
Sanktuarium Bożego Miłosierdzia
w Łagiewnikach
Kraków, 3 kwietnia 2019.
Patrzę znowu na obrazek, a tu na tabliczce na krzyżu nic nie ma. Gdzie jest Jesus Nazaretus Rex Judeorum. Ależ tak, od czasu postawienia Jezusa w Świebodzinie powinno przecież być Jesus Nazaretus Rex Poloniae.
A powrót mieśmy już z górki, więc po zjechaniu z góry wsiedliśmy w tramwaj 78, który zawiózł nas prosto pod DPS, z tym, że z licznymi zakrętami, tak że zdążyłem zakonotować sobie w pamięci, że ul. Długa jest całkowicie wyłączona z ruchu, i że jest nabór do pierwszej klasy szkoły muzycznej na ul. Basztowej.
Na koniec chciałbym podziękować wszystkim członkom naszej ekipy, a szczególnie mojemu roomerow Bogdanowi za to, że pchał mój wózek przez cała drogę z góry i pod górę i dał radę.
Jest 23.05. Poprawię ten post i zaraz go edytuję. Hoła!

Wizytacja w Kamienicy Hipolitów.

Dzisiaj rankiem (prawie jak hitlerowcy Polskę, tylko o godzinie jedenastej) pani Gosia Pliszka napadła na nasz pogrążony we śnie pokój i postawiła nas, czyli mojego roomera Bogdana i mnie na równe nogi. Szybko – w przelocie – oblekła mnie ciepło, takoż nakazała ubrać się mojemu romerowi, bo choć wiosenne słońce świeciło jasno i dzień był piękny, ale było chłodno i wiatr niósł ze sobą ziąb. O pół do dwunastej wyruszyliśmy naszą grupą, czyli jak zwykle nasze niezawodne opiekunki, panie: Gosia Pliszka, Gosia Guzik i Magda Bogaczyk oraz ósemka naszych mieszkańców, w tym jakiś dziadek do orzechów i ja na wózkach. Mój pchał Bogdan z mojego pokoju i choć przez całą drogę starał się bardzo mi pomagać, podawał mi swoje ramię, abym mógł się na nim wesprzeć w trakcie zwiedzania Kamienicy Hipolitów, która była celem nasze wyprawy, ale jak się wjeżdża na chodniki to nauczył się przed samym DPS – em. Ale czas opisać moje wrażenia z Kamienicy Hipolitów, która znajduje się na rogu ul. Szpitalnej i Placu Mariackiego. Otóż w kamienicy tej znajduje się stała ekspozycja przedmiotów z XIX wieku należących do Muzeum Narodowego Miasta Krakowa, którego powyższa kamienica jest jedną z filii. Przedmioty zgromadzone na dwóch piętrach odwzorowują pomieszczenia mieszkalne typowego mieszkania krakowskich mieszczan z XIX wieku. Był to tak bogaty zbiór, że zapamiętać na szybko wszystko byłoby niemożliwością. Te łóżka jakby na liliputów skrojone, stoliki: do nauki, gry w karty, jadalny i wszystko co tam poustawiano na oknach, w gablotkach i w ogóle wszędzie tchnęło delikatnością. Ci ludzie, wtedy, musieli być o wiele bardziej uważni, przy wykonywaniu koronek, grze na fortepianie w salonie i w ogóle wszędzie, bo ta cała porcelana i wszystko tam było tak wysublimowane, że w naszych czasach taka np. figurka nie wytrzymałyby długo w domu gdzie są dzieci. Już o tym wspominałem, ale muszę to podkreślić jeszcze raz, że ci ludzie mieli wszystko skrojone na miarę człowieka. I “fin de siècle” wydaje mi się najbardziej ludzką epoką i dlatego nazywany jest „bell epoque” – piękną epoką, bez porównania bardziej przyjazną człowiekowi niż współczesność – która powoduje tyle chorób psychicznych u ludzi. Bo jak powiedziałem Miłoszowi – sympatycznemu, ale i spowolnionemu jarską dietą 34 latkowi, w cukierence na ul. Karmelickiej, gdzie udaliśmy się całą grupą po zwiedzeniu wystawianych w muzeum zbiorów, w których znajdowały się także i portrety Olgi Boznańskiej i innych znanych polskich malarzy – człowiek nie jest psychicznie przystosowany do tej ilości bodźców jakie dostarcza nam współczesność, gdzie reklamy pchają się nam do oczu na ulicy i w telewizorze, radiu, prasie no po prostu wszędzie. A człowiek ma przecież mózg skrojony przez ewolucję od milionów lat ewolucji raczej do spokoju, a nie do takiego ochujenia jakie się wszędzie teraz wyprawia. Jeszcze sto lat tego dzikiego „postępu”, a nie będzie ani jednego zdrowego na umyśle człowieka. Wahadło musi odbić w drugą stronę, albo wszyscy oszalejemy.
Ale wracając do Kamienicy Hipolitów, to moją szczególną uwagę, obok parawanów służących do odgradzania się w czasie korzystania z nocników, miniaturowych kart do Skata, szklanych muchołapek, przykuł dziwny zwyczaj, o którym przeczytała nam pani Gosia z przewodnika, że mieszczanie zapalali światła dopiero, gdy zapadł zmierzch. Mówili na to, że dzień musi się dokonać zupełnie i te minuty ciemności przeznaczali na teraz nazwalibyśmy to odstresowanie – modlitwę, przemyślenia. No i jeszcze bardzo ciekawą okazała się rola pani domu – otóż do obowiązków jej należała rachunkowość, czyli bilansowanie wydatków i dochodów, tak żeby się kasa zgadzała i całe to przedsięwzięcie nazywane rodziną szło jak dobrze naoliwiona maszyna.
Wszystkim polecam wizytę w tym magicznym miejscu, gdzie świat zastygł, jak owad w grudce bursztynu.
Jest godzina 01.14. Poprawię tylko ten tekst i go edytuję.

Bradley Cooper i Lady Gaga

Dzisiaj w godzinach przedpołudniowych wyroiliśmy się z naszego Domu i poszliśmy do Multikina na głośny film „Narodziny Gwiazdy”. Poszliśmy tam w jedenastkę: ośmiu mieszkańców i trzy nasze niezawodne opiekunki panie: Gosia Pliszka, Gosia Figa i Magda Bogaczyk, przy czym nadmienię, że wraz ze mną pojechał również mój nowy roomer Bogdan – wesołkowaty pyknik, aż jak na nasz DPS zbyt wesołkowaty, bo tylko w jego pojęciu są to dowcipy, bo jak np. zaklasyfikować to, że gościu mi proponuje w swój nader wesoły sposób, że mnie nie wepchnie z wózkiem pod autobus, który właśnie nadjeżdża z naprzeciwka. Ale to jest Bogdan, który próbuje mnie nastraszyć tekstami, że on mnie zabije i że żyję tylko dlatego, że on ma taki kaprys. Po prostu zupełnie nieodpowiedzialny człowiek, który jest przy okazji telefrenikem, bo całymi dniami i nocami ogląda filmy w telewizji – byle jakie, byle coś skakało, ewentualnie wybuchało, to on nie oderwie oczu od odbiornika TV. Dałem mu do czytania książki z mojej biblioteki podręcznej, ale z każdej przeczytał z dziesięć stron i mu się nie podobała, lecz ostatnio czyta kryminał o inspektorze Mortce i na razie się trzyma.
Ale ja przecież nie o tym. Otóż film, w którym Lady Gaga odgrywa młodą gwiazdę, która się rodzi dzięki pijanemu kaprysowi Bradleya Coopera, który jest starszym gwiazdorem rocka, którego z kolei dewizą jest slogan aklo&drugs&rock’n roll i który w końcu poświęca swój pijany żywot, aby jego młoda żona mogła robić dalej karierę. Wydaje mi się, że nikt nigdy nie może żądać czyjegoś życia, za karierę – co robi manager wschodzącej gwiazdy od zachodzącej. Więcej wam nie opowiem tylko tyle, że „Shallow” w wykonaniu Lady Gagi i Bradleya Coopera jest pięknym duetem.
Po wyjściu z kina poszliśmy do pobliskiej galerii na kawę i ciastko, a pani Gosia powiozła mnie do różnych sklepów, ale szelki kupiłem dopiero w H&M. Są to sparciałe szelki dziadka – jak ja je nazywam, bo są w tym stylu. A potem wróciliśmy 125 – tką do DPS – u, gdzie czekały na nas pierogi z obiadu, które sobie podsmażyłem i spożyłem ze smakiem.
Jest godzina 23.24. Poprawię jeszcze ten post i go edytuję. Heja!

Pijani wiatrem, Anitą i słońcem.

Dzisiaj wreszcie ziścił się projekt pani Jadzi i pojechaliśmy na przełożony z po przedniego tygodnia kulig, i to nie byle dokąd, bo do Ojcowskiego Parku Narodowego. Po dojechaniu naszej czterdziestoosobowej ekipy w głąb parku do samej Bramy Krakowskiej – okupowanej przez kilku turystów – i tam po wysięściu z autokaru, w którym jak zwykle nasz syn wykładowcy geografii na AWF – ie Robert, skracał dystans do kierowcy, aż w końcu w drodze powrotnej wlazł mu na głowę zupełnie. Co nie poszło mu już tak łatwo z zaprawioną w bojach kadrą, która składała się dzisiaj z naszej pani wszechkierowniczki wypraw Jadzi Worobiej, która przewodziła Madzi i Gosi z terapii oraz z opiekunami: Robertem, Mateuszem i paniami opiekunkami Agnieszką i jeszcze jedną, której nie zapamiętałem z imienia ani nazwiska, gdyż nie była ona z naszego superbloku Łanowa 41, skąd wyjechaliśmy i dokąd wróciliśmy. Podzieleni w grupy po dwanaścioro mieszkańców i dwoje opieki załadowaliśmy się z dwoma wózkami inwalidzkimi i prowiantem na koński wóz ciągnięty przez dwa karosze rasy ciężkiej, które wraz ze swoim woźnicą codziennie spotkać można na Rynku Krakowskim – świadczące usługi dla ludności, zaprzężone do karet, które mają tam postój.(!!! I tu uwaga na którą uczulał nas woźnica, który – z wyglądu – za kołnierz nie wylewał!!! Że za przejazd bryczką należy nie dać się przekręcić pierwszemu woźnicy i skasować na 400 zł, bo za tyle to kosztuje wypad na Kazimierz, a że dookoła Rynku obowiązuje stawka za fiakra: 100 złotych polskich od dorożki!!!) Ale na dziś zostały wraz z woźnicą wynajęte przez panią Jadzię jako nasza podstawa kuligu. Ponieważ brat – dyrektor ojcowskiego DPS – u nie zezwolił nam na przyjazd kiedy śnieg pokrywał drogi, więc tydzień później musieliśmy zadowolić się pojazdem kołowym, czyli wozem jak te, które wożą ceprów do Morskiego Oka, tylko z kanapami do środka. Nie zbrakło nam, świeżego powietrza, słońca i doborowej kompaniji na moim wozie. Nie pchałem się naprzód tylko ze spokojem Stoika czekałem na trzeci – ostatni dwuipółkilometrowy nawrót naszego pojazdu od Bramy Krakowskiej do owianego złą sławą DPS – u w Ojcowie, gdzie, obok DPS –u na Krakowskiej i na Rozrywki – zwykle lądują agresywni, lub nadużywający alkoholu pensjonariusze Domów Pomocy z całej Małopolski. Z zewnątrz słoneczny i jasny budynek skrywał w sobie niejedną tajemnicę, z których pokancerowana twarz ojca – dyrektora oraz bezustanne ryki boleści pacjenta, którego siostry leczyły zapewne modlitwą, a nie morfiną jak w XXI wieku być powinno, a nie jest – były najwidoczniejszymi.
I los chciał, że opłaciło się nie pchać, bo pierwszym rzutem naszej ‘sanny’ przez słoneczną pokrytą śniegiem i wypełnioną krystalicznym, zmrożonym powietrzem doliny był mój ekipaż, czyli ostatni , który przybył był od Bramy Krakowskiej. A do tego wozak pomylił się i zawiózł nas prosto na parking do autobusu, a okazało się że nie jedliśmy jeszcze bigosu, który okazał się pyszny, a który przygotowała dla nas kuchnia ojcowskiego DPS –u, w udostępnionej nam jasnej świetlicy z osobnym wejściem, ale stykającym się z wnętrzem DPS – u korytarzem do toalety (gdzie jak zresztą wszędzie przed Domem słychać było ten powtarzający się okrzyk boleści). Więc woźnica chcąc niechącąc zawiózł nas z powrotem, do świetlicy, gdzie czekając na pętle kuligu innych wozów – i spożywając posiłek złożony z kiełbasek z grilla i do syta bigosu, kawy, herbaty i pączków, a wszystko to na tle fresków przedstawiających Zamek w Ojcowie, widok na Zamek w Pieskowej Skale, oraz obrazu przedstawiającego Brata Alberta w opuszczonym kapturze, z bochenkiem w dłoniach, oraz trzech dzieł z pracowni tamecznego DPS –u, a przedstawiających dwie Madonny z dzieciątkiem oraz chustę św. Weroniki – oglądałem tyjatrum jakowe odprawiała w tych warunkach nasza ‘piszcząca terrorystka’ Anita.
Był to najzabawniejsza mieszanka: opowiadań z pikantnego życia naszej młodej Artystki, piosenek – oczywiście także o zabarwieniu erotycznym i ciągłego monologu prowadzonego z każdym kto chciał się poddać jej urokowi i zamienić z nią kilka słów, które udało się wpleść do jej muzyczno – wspominkowego repertuaru.
Aż wreszcie przyszedł czas odjazdu, kiedy to nasz zaprzęg ruszył ze mną jako członkiem ostatniego wozu, gdzie, pomimo nieobecności Anity, która w tym czasie majoryzowała już otoczenie w autobusie, było także wesoło, bo przysłuchiwałem się opowiadaniom głównie pani Jadzi, która była na takim kuligu, że dojechała z góralami aże do samiućkego Morskiego Oka z przytupem, przyświstem i pochodnią, oraz przerywającego jej dialog z panią Gosią z terapii wynurzenia Olka Kobyły, dotyczące wyczuwalnego zarania wiosny, oraz jego obserwacje zjawiska pojawiania się zielonych pąków na krzewach – choć dokoła śnieg wypełnia całą dolinę Prądnika z jej wspaniałymi wapiennymi urwiskami skalnymi, mieniącymi się po obu jej stronach na różowo w popołudniowym słońcu. Pani Jadzia była po raz pierwszy zaskoczona bogactwem słownictwa i wrażliwości naszego Olka. Aż wreszcie dotarliśmy do autokaru, gdzie wszyscy, nawet nasz gaduła – turetyk Robert byli zupełnie zdominowani przez jazgot emitowany przez „rozgłośnię Anita”, która stojąc nad swoim fotelem napierdalała swoje mądrości, nie dając dojść nikomu do słowa, ani się uciszyć. Ta słodka dziewczyna dostarczyła nam również w trasie powrotnej kilka swoich bon motów, oraz komunikatów a propos jej stanu pęcherza i miejsc w których ewentualnie chciałaby być wysadzona przez pana kierowcę. Ale w końcu udało się pani Jadzi opanować i ten żywioł – bo pani Jadzia nie z takimi zawodnikami dawała sobie radę – i dowieźć wszystkich bezpiecznie do samego naszego Domu, gdzie wszyscy nasi imprezowicze już na pewno smacznie śpią po tylu przygodach i ‘tyli światy’ przejechanego w ciągu dnia, tylko ja jeszcze ślęczę nad tą relacją do naszego numeru „ IMPULS” – u i gwoli uciechy moich czytaczy.
Jest godz. 23.15. Poprawię jeszcze tylko wszystkie błędy i edytuję tekst. Howgh!

“Kogel mogel” i co z tego wynika.

„Kogel mogel” – film wielce reklamowany w mediach, jest niedocenioną jeszcze komedią familijną o parze starych ćpunów, którzy w pijanym widzie palą wielkie ognisko z całej swojej wyhodowanej maryhy w towarzystwie upiornej ni to owieczki ni to nietoperza siedzącej na podołku Ewy Kasprzyk w roli Polki, która zalazła swój punkt G i postanowiła nie tylko pochwalić się o tym w mediach, ale i poszukiwać tego punktu u mężczyzn. To tragiczne w swojej wymowie rozstanie staruchów z dragiem, który pozwolił im wcześniej najechać traktorem gumno sołtysa i rozdupczyć mu jego krasnale ogrodowe, które są tak tandetne jak cały budżet filmu, bo z plastiku – nie może oczywiście być akcentem końcowym filmu, więc jest jeszcze scena pocałunku w deszczu, z psem ze schroniska, oczywiście, puszczonym gdzieś w tle.
A jednak jest w tym filmie element młodzieżowej przemiany społeczeństwa, kiedy to ksiądz chrzci dyskotekę „Paradise” o frontonie z tęczy, ujęty biblijnym słowami z Księgi – o zadzierzgniętym między sobą a człowiekiem łuku przymierza jaki rozpostarł Bóg po potopie – wygłoszonymi do zebranych przez ‘młodego’ w tym filmie. Ale pan Wardejn szacun – czekałem kiedy go w końcu odnajdą wśród dinozaurów, czystej socjalistycznej wody kiedy partacz był partaczem, ale dobry aktor w porównaniu – to dla obecnych niedościgły wzorzec. Co do filmu, jeszcze to podaż w tym sektorze gwałtownie przewyższa popyt, bo oprócz nas na Sali Multikina była tylko jedna para, zdesperowana wyraźnie, bo zasiadła w ostatnim rzędzie, by zapewne odbywać tarło, gdy chaty brak .
Ale dość o filmie, opowiem też o naszej ekipie, którą stanowiła nasza doborowa grupa w składzie Ela Cebulka, Piotrek – Maradona – Tomera, oraz ja i Pawełek Wierzbny  – jako mieszkańcy naszego piętra, wraz z paniami Elą Gordyń i Kasią Wtornik jako opieką. W nasze ekipie każdy miał wyznaczone miejsce: Ela Cebulka szła wspierając się na rycerskim ramieniu Piotrka – Maradony – Tomery (naszego etatowego piłkarza, który strzelił w barwach Cracovii 53 bramki, nie zatrzymał się na tym, tylko strzela je na meczach wyjazdowych, czy miejscowych dla barw naszego DPS – u), a Paweł Wierzbny i ja siedzieliśmy całą drogę na wózkach popychanych przez, odpowiednio: Panią Elę i Kasię. Jako że Pani Kasia – opiekunka moja robi ze mną to co chce – jak np. – wyrzuca mojego ulubionego Tricisusa na śmietnik w zimie, albo też nie licząc się z moim popiskiwaniem zabiera mi coś – z taką dawką humoru, która przenika otoczenie tak, że gdy tylko gwizdnie, a ja się śmieję jak głupi z wyimaginowanego tricissusowego raju, w którym mój piękny kwiat aktualnie przebywa. I dzisiaj wzięła mnie pod kontrolę tak, że zamiast hamować me wydatki spowodowała pięćdziesięciozłotowe manko w mojej kasie(ale jak – swoja drogą – ktoś idzie na zakupy po gatki nie do szczęk, ale jakiegoś sropa to się nie nie ma co dziwić, że się kasa potem nie zgadza). W trakcie naszego autobusowego powrotu Kasia odebrała złowróżbny telefon od małżonka, a pani Ela próbowała rozwiać ten cień z kasinowego lica i dzisiaj w ogóle nie rządziła się jak to zwykle ona potrafi. A gdy zrobiło się ciemno wjechaliśmy w mury naszego DPS – u i kończyła się bajka. Właśnie przyszedł do mnie Piotrek – Maradona – Tomera i kazał napisać, że mu się podobało, a najbardziej podobała mu się Ewa Kasprzyk pytająca się redaktorki jak często rozmawia ze swoją clitoris, najpiękniej zbudowaną, najdelikatniejszej częścią jej ciała.
Tak że jak widać pośmiać się jest z czego.
Jest 21.32. Poprawię tylko ten tekst i go edytuję. Joł!

Sielanka, bukolika, ekloga.

My Sławianie – my lubim sielanki. I właśnie członkiem takiej sielankowej eskapady była wyselekcjonowana przez panią Jadzię Worobiej grupa mieszkańców, która dziś rano wybrała się na wycieczkę. Ekipa nasza, w której skład wchodziła sama śmietanka towarzyska naszego DPS – u najpierw odwiedziła fermę strusią, właśnie po jesiennym trzebieniu, bo były tylko trzy samice i jeden samiec Strusia afrykańskiego, a w komórce obok wybiegu ujawniliśmy stertę gnatów obranych z mięsa. A potem pojechaliśmy na jedną polanę w Puszczy Niepołomickiej, gdzie usadowiliśmy się odpowiednio blisko ogromnego rozpalonego ogniska, którym zajmował się późnej głównie Bogdan Michniewski. I to nic, że nie wszyscy mogli delektować się pieczonymi ziemniakami (się niestety ponad połowa spaliła w trakcie eksperymentu pt. „wrzucamy zimiory na początku ognicha”), bo za to kiełbasek z grilla, herbaty i kawy było do oporu. A i to nie jedyna atrakcja, bo było nią dla każdego samo to wydarzenie, jego swobodna atmosfera oraz pieśni, wśród nich nawet „Cyt cyt” Zespołu Mazowsze, które jest dla mnie absolutne The Best wśród jakichkolwiek pieśni i piosenek. Pani Marzenka – nasza sztukmistrzyni z terapii, wydrukowała wszystkie je i rozdawała między imprezowiczów – a później zbierała przez zaufanych kurierów… i takeśmy se podjadali i śpiwoli w ciepełku bijącym z długich polan, którymi Bogdan z naszą Madzią z terapii, karmili nasz życiodajny płomień. Tak, że nikt nie zauważał, że poza bańką ciepła temperatura sięgała średnio 0.4 st.C. Siedziałem sobie tak między panią psycholog Dorotką Nieder, a moim sąsiadem z piętra Pawłem Wierzbickim kontrolując ciepłotę oddalając lub przybliżając do ogniska nasze wózki i nawet nie wiem ile trwało całe posiedzenie, ale mi się zdawało, że było jak pisał nasz wieszcz w Wielkiej Improwizacji „chwilką tylko”.
Aż wreszcie nadeszła ta chwila, że świat się o nas upomniał i musieliśmy wracać z Edenu do Babilonu, do naszego autokaru mianowicie. A potem pojechaliśmy do Nadleśnictwa Niepołomice, gdzie ekspozycja jaka tam jest zorganizowana posłużyła jednemu fajnemu młodemu leśnikowi do wprowadzenia nas w życie zwierząt występujących w Puszczy Niepołomickiej. Był tam nawet przekrój mrowiska, bo mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że Gross biomasy zwierząt lądowych tworzą te właśnie – obok termitów i innych zwierząt tworzących roje – niewielkie owady ( a wszystko przez Samolubny Gen, który preferuje powielanie siebie, a kto nie jest nam najbliższy genetycznie jak nie nasze rodzeństwo, a mrówki robotnice opiekujące się soba nawzajem są swoimi siostrami c.b.d.u.). Ale „cyk Walenty – Bóg się rodzi” – nie opowiem wam wszystkich tajników przyrody o których informował nas pan leśnik (bo czy wylinka węża jest większa czy mniejsza od osobnika liniejącego możecie sobie zobaczyć na tej poglądowej wystawie), żeby nie psuć wam zabawy – samodzielnego odkrywania prawdy. Wszyscy wróciliśmy z tej wyprawy ubogaceni w fajne wspomnienia. Chciałbym podziękować całej naszej ‘kadrze’, a w szczególności pani Dorotce, za pchanie mojego wózka w najtrudniejszych warunkach terenowych, pani Marzence (którą odsyłam do mojego tekstu o naszym tegorocznym pikniku „U Jawora”, po odpowiedzi na wiele jej pytań egzystencjonalnych) za jej unikalny wkład w całą imprezę. No i last but not least szczególne podziękowania dla naszej pani Jadzi, która stale w formie, czujna jak chrabąszcz (jak mówił Siara o Kilerze) zadbała o całą logistykę tak, żeby wszystko szło jak dobrze naoliwiona maszyna, a każdy był odpowiednio zbegnitoryzowanym, że użyję takiego Lemowskiego neologizmu zaczerpniętego z powieści pt.: „ Kongres futurologiczny”. Co wszystkim polecam również.
Jest 21.57. Poprawię jeszcze ten tekst i go edytuję. Joł!

Na wsi…

Cześć Dziewczyny,
Hola Tajto
Mateuszu i Moniko.
A więc frst things first:
Thor – Mutt chodzi taki oszołomiony, bo podajecie mu leki, które powodują wysychanie wody w ustach, co prowadzi do tego, że nie może ziać. Co ma dla psa ewidentne znaczenie – bo pies, który nie może ziać przegrzewa sobie pień mózgu i cały mózg i powoli umiera. Należy więc bezwzględnie usunąć je z diety psa (niezbyt gwałtownie, aby nie doprowadzić do syndromu odstawiennego).
!Jeśli pies bierze lek na padaczkę – to proszę dać znać. Odeślę diagnozę na maila!
Halo Ladies! Halo! Tylko tyle wyszło przez dekoder z całej naszej wczorajszej rozmowy.
Mateuszu, Moniko! Jak zwykle spełniliście się jako przyjaciele doskonale.
!Bienvenida para todos!
Pozdrawiam Mirek