Igraszki z diabłem.

Dzisiaj, a właściwie to już wczoraj, bo jest pięć po północy wyszliśmy – siódemka mieszkańców oraz pani Marzenka i Pani Gosia z terapii – na ciekawy spektakl pt. „Igraszki z diabłem”. Dlaczego ciekawy? Bo w wykonaniu trupy teatralnej z czterech DPS – ów, w tym tych z ul. Kluzeka i z Helclów i dwu jeszcze innych, których nie zapamiętałem. Jak głosił program, dzieło owo było wynikiem półrocznej pracy nad tekstem i nad sobą. Patronat udzieliła mu Dorota Segda – rektor AST, oraz Jacek Majchrowski, który nie przybył sam, ale wystosował list, który przeczytano na koniec, w którym tłumaczył się przerwą urlopową. Samo przedstawienie odbyło się na scenie Akademii Sztuk Teatralnych przy ul. Straszewskiego. To stare miejsce, jeszcze w czasie komuny oglądałem tam „Łowcę jeleni” – wyświetlanego na podziemnych seansach (bo ukazywał Wietnamczyków jako zbrodniarzy), byłem też tam w latach ’80 na międzynarodowych spotkaniach teatrów studenckich. No to o historii mojej związanej z tym miejscem tyle, a opowiem coś o wydarzeniach dzisiejszego dnia. Historii o dobrym wojaku Kabacie, zbóju Sarka Parka, Ojcu Scholastyku, księżniczce Disperandzie, Kasi, Aniele Bożym i siedmiu diabłach nie muszę nikomu chyba opowiadać, bo spektakl ten co jakiś czas leci w powtórkach Teatru Telewizji. Nawet Krystyna Sienkiewicz, która grała Kasię w telewizyjnej odsłonie tej sztuki pozdrowiła z Ekranu aktorów i nas widzów. I się zaczęło. Spektakl trwał aż dwie godziny, a to z powodu różnych dysfunkcji występujących u aktorów. Dość powiedzieć, że Anioł Pański był popychany na wózku, a swoje kwestie wygłaszał z offu, a Profesor Solferno choć chodził o kulach to jednak czarował przewybornie. Ale było miło, wszystko się skończyło happy endem. I ci aktorzy amatorzy dali radę. A potem tylko kwiaty dla aktorów, kwiaty dla pani reżyser i ogólne lizanie się po głowach w akompaniamencie burnych apładismjenow. I gdy wychodziliśmy na zewnątrz, była już piąta i na polu pociemniało.
A w tramwaju pani Marzenka powiedziała mi coś co mnie bardzo zasmuciło. Otóż zmarł jej były chłopak, a mój znajomy Piotr Grzesik – pisarz i tłumacz z angielskiego. Powiedziałem pani Marzence, że w starożytności było takie przysłowie „Gdy umiera człowiek to jakby się spaliła biblioteka aleksandryjska”. A Piotr był nabuzowany wiedzą tak, że mnie byłby zaszczuł swoją elokwencją po jednym ze spektakli „Mojego dekalogu, czyli dziesięciu wariacji na temat wariacji” tak , że w odruchu obronnym kazałem mu opowiedzieć co wie o śmierci Jesienina, a on mi na to wykład o Czierezwyczajce, która podyktowała mu list samobójczy. Podobno Piotr pozostawił po sobie dwie niewydane jeszcze książki i jest problem, bo zmarły w wieku zaledwie 51 lat pisarz nie pozostawił żadnego rozporządzenia własnym majątkiem. Spoczywaj w spokoju mój nieboraku.

Kolacja dla głupca.

Wczoraj zmową nocą wyruszyliśmy ja z moim roomerem Bogdanem, panią Marzenką z terapii i dwoma innymi mieszkańcami naszego DPS – u, na przedstawienie do „Teatru Ludowego” na „Kolację dla głupca” Francisa Vebera. Dopiero gdy dojeżdżaliśmy na miejsce olśniło mnie, że kiedyś widziałem film francuski o tym tytule. Ale skoro nic nie pamiętałem więc z ochotą zasiadłem na widowni. Zaczęło się nieźle – bo jakiś aktor próbował nas namawiać do wrzucania pieniędzy do puszek, a i swoje trzy grosze dorzucił z widowni znajdujący się na tym spektaklu były dyrektor tegoż teatru, a obecnie senator RP Fedorowicz. A potem poszliśmy na scenie w takie tango, że każda minuta była okraszona wybuchami śmiechu. Wiecie, ci którzy mnie czytacie co myślę o bulwarówkach w teatrach z historią, ale cóż – nie cofniesz pan kijem Wisły, takie panie czasy podłe, że ludzie przychodzą do teatrów żeby się pośmiać i tela. Więc i ja się śmiałem, przez dwie i pół godziny. Aktorzy zebrali za swój trud sowite brawa i już trzeba było wracać do domu. Spóźniliśmy się trzy minuty na autobus, więc gdy po dłuższym oczekiwaniu, kiedy wreszcie wsiedliśmy do autobusu zdjąłem rękawiczki i grzałem je nad grzejnikiem autobusowym. Potem przesiadka w tramwaj i oczekiwanie na portiera i już o godz.23 byliśmy z moim Romerem w pokoju.
Chciałbym podziękować szczególnie pani Marzence, której zajechaliśmy mocno na czas snu, bo ona opowiedziała, ze śpi od godziny 22 do 4.30 – czyli jak mnich buddyjski. Oraz oczywiście mojemu Romerowi za pchanie mnie na wózku i podtrzymywanie mnie przy chodzeniu, choć jak wiadomo przytrzymywanie mnie w trakcie chodzenia to rzecz karkołomna i może się skończyć wywrotką, ale liczą się dobre chęci.
To tyle. Spektakl polecam, bo dobrze zagrany, a i aktorzy dobrani po warunkach – więc musi się podobać. Ale ja bym w teatrze to sobie obejrzał „Makbeta”, „Warszawiankę”, czy choćby „Powrót Odysa”, że o „Dziadach” nie wspomnę. Ale cóż jak śpiewa Okudżawa – „Co było nie wróci szaty rozdzierać na próżno, / Cóż każda epoka ma własny porządek i ład”. Więc w tej erze dobrobytu zapomnijmy już o dramatach i skupmy się na burżuazyjnej formie l’commedie populaire. Bo wszystko co wzniosłe, jak się nie znajdzie kupiec, to obesramy ile się da – jakie to miłe pastwić się nad czymś co było dla wielu ikoną. Cóż taki już podły czas ikonoklastów.

Tragifarsa czyli dentysta samoobsługowy.

Ale miałem dzisiaj przygodę. Otóż od dłuższego już czasu chwiał mi sie ząb, lewa dolna dwójka i wreszcie na dzisiaj dostałem skierowanie do dentysty, bo już z bólu nie mogłem nic prawie jeść, bo z gryzieniem chwiejącym się zębem to trochę  krzywo. Pojechaliśmy z panią Gosią Guzik na Stoczniowców, jak zwykle. Ale po przybyciu na czas okazało się, że nie ma mojej pani dr Dymek, tylko jakaś inna szantrapa. Dlaczego pisze szantrapa? – poczytajcie. Otóż pani doktor zlokalizowała zęba, rozłożyła u mojego wezgłowia narzędzia dentystyczne i już już miała mi rwać tę ‘moję’ boleść, gdy nagle zaczęła domagać się od pani Gosi Guzik szczegółów o mnie, aby się upewnić, że może mi podać znieczulenie. Zaczęły sprawdzać moje leki i okazało się, że jest wśród nich Clonazepam. No to lekarka od razu mówi, że jestem padaczkowcem, więc ze rwania nici, do tego, nie mam oświadczenia od opiekuna prawnego i mój podpis nie wystarczy, więc ona mi tego zęba nie usunie, ale za to przepisze mi antybiotyki. Ja jej na to, że po chuj mi antybiotyki, jak ja ich nigdy nie używam i padaczki nigdy nie miałem, a Clonazepam biorę nasennie, a ta coś pierdoli do pani Gosi. I jak sobie pomyślałem, że będę z tym bólem musiał jeszcze czekać do poniedziałku, bo dzisiaj piątek to nie namyślając się długo, skoro i pani Gosia i stomatolożka były odwrócone do mnie plecami  studiując moją listę leków, chwyciłem za szczypce,  które leżały obok mnie, ująłem nimi zęba i wyrwałem go sobie sam.
Ale zrobiłem furorę!
Wszystkie panie, które tam były w gabinecie w liczbie czterech były w szoku i na odchodnem powiedziały mi, żebym już do nich nigdy więcej nie przychodził.
I to by było na tyle mojej relacji z piątku trzynastego, roku pamiętnego, wykluła się WRON – a z jaja śmierdzącego (wiem wiem, że to była niedziela). I właśnie z dniem wprowadzenia stanu wojennego pojechałem zatłoczonym, nieplanowym autobusem po całkowicie zaśnieżonych drogach do mojej panny Iwony Skawińskiej – najładniejszej zresztą laski z jaką w życiu kręciłem, na osiedle Na Lotnisku, z granatem ćwiczebnym w jednej kieszeni, a z giwerą plastykową drugiej. gdy mi otwarła drzwi wyskoczyłem na nią z tym pistoletem. Mówię wam to był ubaw po pachy.

A co z zębem, spyta uważny czytelnik. Otóż podniosłem go z ziemi gdzie mi upadł, przywiozłem do DPS – u i mam zamiar mieć takie życzenie, żeby mi go wsadzono do urny z moimi  prochami, a nóż ktoś w przyszłość zechce mnie sklonować.

I tak wyglądał triumf życia nad biurokracją. Heja!

Humoreska o Wyspiańskim – czwartym wieszczu.

dzisiaj rano o godzinie 9 rozpoczęło się przedstawienie w Teatrze Narodowym – jak o nim pisał Wyspiański, – czyli na scenie Teatru im. J. Słowackiego. Wybrałem się tam z paniami Basią i Gosią z terapii i ośmioma innymi mieszkańcami naszego DPS – u. Mieliśmy bilety o 60 % przecenione, więc warto było się ruszyć z domu i zakosztować wyższej kultury. Teatr Słowackiego dobrze znają nawet i mieszkańcy Jokohamy, czyli tu Kariatyda, tam Atlas, a ówdzie i kurtyna Siemiradzkiego. W wystawianej na jego deskach humoresce dydaktycznej dla dzieci i młodzieży wyjaśniane są losy tej kurtyny, a mianowicie: ogłoszono konkurs na wykonanie kurtyny, na który również wysłał swoją pracę Wyspiański, który wdziałby na dole panny puszczające wianki, a u góry jakąś chmurną i górną scenę. I oczywiście konkursu nie wygrał, bo wynik konkursu anulowano (jakie to krakowskie), a wykonanie kurtyny powierzono Siemiradzkiemu, który według Wyspiańskiego namalował jakieś gruzowisko z wplecionymi w nie postaciami. Przywilej recenzenta. Który to współczesny Recenzent był również postacią cicerone tego przedstawienia, wraz z Hermesem bogiem kupców, złodziei oraz bogiem, który przeprowadza herosów na Pola Elizejskie Hadesu – co zresztą czyni również z samym Wyspiańskim. A Wyspiański pokazany jest w tej sztuce, jako umierający na syfilis, który leczą maścią rtęciową – bardzo toksyczną substancją, po której Wyspiański ma koszmarne sny – i mąż brzydkiej starej baby spośród plebsu – bo taka była wtedy moda. I do tego te kłótnie z Rydlem, który ma pretensje o to, że sportretował w arcydramacie jego „Wesele”. A technika panie w teatrze teraz taka, że co chwila ‘z offu’ wjeżdża pokój w Berlinie, w którym w latach 1897 – 1903 mieszkali Wyspiański z Mehofferem. W tym to pokoju Wyspiański umiera na grypę jak informuje – ze względu na dzieci – doktor wezwany do Wyspiańskiego, oraz ma pretensje do Mehoffera, że ten może pracować z farbami i że wszystkie dobre pomysły na płótnach Mehoffera są jego – Wyspiańskiego autorstwa, a że sam ‘Czwarty Wieszcz’ nie lubi farb olejnych, więc rysuje kredkami. Najśmieszniejsze jest to jak wyglądała rozmowa z kurią na temat nowych witraży, kiedy to kuria zmienia Archanioła Michała z Szatanobójcy, na jakiegoś odpustowego chłoptysia, Matkę Boską z pięknej młodej dziewczyny, na kanoniczną jej wersję, a wiernych z brutalnych chłopów na szopkowych pastuszków. No i oczywiście mistrz się na takie zmiany nie zgodził, i witraży nie wykonano. Całość jest poprzerywana momentami z młodości – no bo trzeba czymś dzieci zaciekawić – w którym troje lalkarzy animuje kukiełkę młodego Wyspiańskiego, który ma liczne przygody w trakcie poszukiwania w noc sobótkową kwiatu paproci ( bo taki jest tytuł tej sztuki – “Kwiat paproci”), który zapewnia jego znalazcy miejsce w panteonie sław, i choć wspomniany już wyżej Recenzent twierdzi, że kwiat paproci znalazł już wcześniej Adam Mickiewicz, to jako to beła to se już obglondnijta sami. Pani Basiu te wszystkie zwroty do pani, których pani nie rozumiała to były życzenia z okazji Święta Barbórki. Składam je więc jeszcze raz, a o to czy prognozy się spełniają to się nawet założyłem, bo skoro Św. Barbary po lodzie to Boże Narodzenie po wodzie. Czyli jak zwykle od dziesięcioleci będzie chujowo.

Wielka Cziepa Iwona z Krakowa, czyli jak dotknąłem swoim umysłem Ejła – drzewo dusz.

Wczoraj na ceremonii, obrócił się o 180 stopni mój światopogląd. Otóż, jak kolejną noc Tajto i jego ekipa ajahuasceros grali na bębnach szamańskich, grzechotkach i harmonijkach ustnych, gitarze postanowiłem się przewietrzyć, bo nadymione było okrutnie ‘wew’ środku kadzidłem. I po przypaleniu, gdy już kitrałem swój majdan po kieszeniach, pomyślałem, że może bym trochę pomedytował. Ale pomyślałem sobie, a może by nie medytować, czy to się opłaca. No, ale myślę: się by może i przydało jaką Phowę odpierdzielić (na co później poświeciłem godzinkę). No i w takim to stanie umysłu, który jest niezbyt buddyjskim niezdecydowaniem, zamykam ci ja oczy, a tu buch, jaka WIZJA. Widzę ci ja piękne, zielono złote jajo – to mandala mojego ciała, zbudowana z trójkątnych fasetek, złotych i zielonych zachodzących za siebie precyzyjnie. Czysta jasna wizja. Jakby utkana ze światła. Następnie w pustej kolorowej, świetlistej przestrzeni, jakby postać dharmaty nad ścierniskiem w skwarny letni dzień – widzę niewielką postać Buddy, jakby w łanach żyta, ten Budda miał moją twarz (omen tym razem pomyślny). A potem zobaczyłem jakby krople białego deszczu. Ale to nie był deszcz, ale płatki kwiatów z ogromnego drzewa. Zobaczyłem, że każdy kwiatek to jest dziecko. Maleńkie białe dusze odrywały się od tego drzewa, które przypominało białą topolę, kiedy na wiosnę gubi kotki. I każdy ten kwiatek – każdy kotek to jedna ludzka dusza. I zobaczyłem, że tych ‘topoli’ jest cały wielki sad. I wszędzie opadają te ludzkie dusze na ziemię. A ich bezmiar był tak ogromny, że wiedziałem, że jest ich tyle ilu ludzi będzie się rodziło do końca świata. I wtedy zachwiał się mój cały światopogląd, bo skoro jest już ustalona kolejka do końca świata, tzn. do czasu aż budda jak pasterz w Bodhiczittcie Aspiracji, który przeprowadza wszystkie istoty oświecone do nebbany, a sam oświeca się jako ostatni, jak Bodhisattwa Ksitigharbha, który gdy był w swoim przedostatnim wcieleniu, był tak współczującą kobietą, że ślubował, że póty nie opuści świata piekieł sansary, dopóki piekło nie opustoszeje.
Bo skoro taka kolejka jest skończona, to nikt się drugi raz nie powinien załapać na krzywy ryj. Miałeś bracie swoje życie. Przeżyłeś je jak mogłeś, a teraz do podziemi, czekać na Ksithigarbhę, aż przyjdzie cię oświecić. Jaką niesamowicie fartowną trzeba mieć karmę, żeby uzyskać po raz drugi to jakże unikalne ludzkie ciało, skoro jest tylu chętnych. Którzy najpierw wyłaniają się jako cztery wyspy zapachów wokół Góry axis mundi – Mehru – Mt. Kailaśja – Góry Syjon, a następnie jako świadomość, która, myśli sobie:
– Skoro jestem ja to, czemu nie może być i ty i siła popędu życiowego jest już tak przemożna jak tylko w Bardo narodzin może być i nie daje się tego procesu powstrzymać i w końcu apud feaces et urinam nascemur, i dalejże oglądać okiem boga iluzoryczne przedstawiania Pana Maji, który spowija nas i tworzy wciąż nowe i nowe wizje, które zwiemy potocznie życiem, za którymi gonimy, aż nie ułowi nas hak miłosierdzia tatagathów w Groźnym Przesmyku Bardo.
A później miałem inną oświeceniową wizję. Zobaczyłem, moją byłą Iwonę Kmiecik, jako czarownicę, na jakiejś zapadłej Indyjskiej wsi. Ładną, młodą i filigranową jak dawniej, kiedy kochaliśmy się w tych pięknych wolnych czasach, kiedy nie istniały dla nas progi i bariery i kiedy to poruszaliśmy się w zakutej układance naszych ciał, tak zapatrzeni w siebie, że żadne pasy dla pieszych pokonywane na czworakach po butelce rumu wypitej z jej ojca barku nie mogły nas powstrzymać przed powrotami do siebie. Zobaczyłem jak ona – dakini uczy mnie Chod i tym samym sprawia, że oświecam się i umawiamy się, że w przyszłym wcieleniu to ja będę wielkim cziepą, i oświecę ją. Tak się przeplatamy, raz jedno inicjuje drugie, by po następnym wcieleniu zmienić się rolami. Od kiedy inicjowałem ją w Chod opuściliśmy jedynie jeden dzień bez wieczornej praktyki. Iwona śmieje się, że muszę na nią chuchać i dmuchać, bo w tym wcieleniu jest ona moja jedyną uczennicą, a jako profesor na Niebiańskim Uniwersytecie Nalanda mam ich setki. Cóż, jak powiedział poeta: lepszy wróbel w garści niż chochoł na dachu. Zresztą, to ona przejęła inicjatywę i pamięta, żeby do mnie zawsze wpaść wieczorkiem, aby okiełznać to dzikie i jedyne, cudowne, nawiedzone miejsce pełne nieboszczyków w każdym zakamarku, jak nie przymierzając nasza piwniczka kolumbarium na cmentarzu w Rakowicach, gdzie się wybierzemy któregoś wiosennego dnia, aby po zmierzchu ujarzmić rejon cmentarza żołnierzy radzieckich. A to będą mieć niezwykły koncert nieboszczycy.
Kiedy jej to opowiedziałem przed chwilą powiedziała, że się umawiamy tak, że tym razem Iwonka będzie moją babcią, bo świat pędzi tak, że rodzice będą tak zajęci, że nie będą mogli uczestniczyć w inicjacji Chod – jedynej prawdziwej praktyki, bez której oświecenie nie jest możliwe, a która jest jednocześnie tak cudowna, że bez jakiejkolwiek innej praktyki może służyć, jako rydwan do oświecenia zaprzęgnięty w smoki. Otóż piszę to do ciebie moja Hiszpańska babciu, żebyś mnie nie zapomniała inicjować, a sama wcześniej rozejrzeć się za inicjacją i zdobyć biegłość w tej tantrycznej praktyce. Kup mi też, jako pierwsze zabawki bębenek tantryczny ‘tyb. damaru’ (najlepiej z jednej czaszki wziętej od dziewczyny piętnastoletniej i drugiej od szesnastoletniego chłopca, z wyrysowanymi wewnątrz sylabami męskim i żeńskimi), dzwonek ‘shang’(jedność pustki i umysłu). A i przyuczaj mnie pilnie do trąbki z kości udowej (najlepiej szesnastoletniego chłopca z nogi prawej, lub lewej piętnastoletniej dziewczyny, którzy nie byli zaślubieni i najlepiej zginęli w wypadku, lub w czasie wojny ‘Kangling’, żeby to nie ona okiełznała mnie zanim ja okiełznam ją.
A twoimi zasię Iwonko symbolami są jak zawsze cudne ciało jako noworodka – bo Iwonkę lekarz pediatra nosił po całym oddziale i zachwycał się:
– O jaka cudowna główka, jaka piękna rączka i nóżka.
Napisał wielki Cziepa Mirek Konieczny z grodu korlo – czakram Kraka.
Dan dnia: 3 XI 2019 roku Dzikiej Świni żywiołu Ziemi.

Retrit Chod.

W ostatnią sobotę i niedzielę brałem udział w inicjacji do najbardziej tajemnej z tajemnych praktyk Buddyzmu Tybetańskiego, prowadzonej do tego przez Gesze La z odłamu najbardziej ortodoksyjnej szkoły Buddyzmu Tybetańskiego, a mianowicie przez Bon – szkołę Buddyjskiego Szamanizmu. Szamanizm jak wiadomo jest najstarszą z religii, bo ma ponad 100 tys. lat tradycji. I jeśli nałożyć na tą najstarszą religię Buddyzm, to mamy najbardziej ‘doświadczoną’ religię świata jaka istnieje. Jest to szkoła najbardziej wysublimowanych praktyk religijnych. Całość tego przedsięwzięcia udała mi się dzięki mojemu najnowszemu koledze, o którym pisałem w rozdziale pt. „ Wizyta we Wildze”, a mianowicie dzięki Aleksandrowi Gorkałowi. To on zabrał mnie tam i z powrotem na te praktyki tramwajem, i resztę trasy popchał mnie na wózku, do którego jestem przykuty. W pierwszym dniu opracowaliśmy tekst Chod do końca białej uczty (white offering) i Aleksander odwiózł mnie do mojego DPS – u. Umówiliśmy się, że on będzie za dziesięć ósma rano dnia następnego. Poprosiłem Sylwię, aby zbudziła mnie za dziesięć siódma ranka następnego. Ale niestety zapomniało sobie biedactwo i obudził mnie dopiero sam Aleksandr. Więc przyszło mi się ubierać w ekspresowym tempie, ale i tak spóźniliśmy się z dziesięć minut na początek praktyki. W drugim dniu skupiliśmy się wprzódy na grze na bębenku Damaru i dzwonku. W tym też dniu doszliśmy do czerwonej uczty (red offering), czyli do końca praktyki i zrekapitulowaliśmy całość raz jeszcze ze śpiewem i grą na damaru i dzwonku – oczywiście to grali tylko ci którzy owe instrumenty posiadali.
A sama owa praktyka, to w skrócie można podsumować ręka, noga, mózg na ścianie trzechtysięcznych zaświatów. Nagrałem wszystko na swoim aparacie, więc nie umknęło mi nic z ‘okrutnych’ – skupiających się na pocięciu swojego ciała, ugotowaniu go i przyprawieniu – jak dla ‘wegetarianów’, oraz pocięciu i zawinięciu w swoją skórę na surowo – jak dla ‘nie wegetarianów’. W ogóle to ze wszystkich prowadzących opis sadhany i inicjację do tych trzech praktyk, jakie poznałem od zeszłego roku czyli: Phowa – Wosera Rinpocze, Tummo – Tnezinga Wangyala Rinpocze, oraz Chod z Gesze La to najbardziej przystępnie ( odpowiadając na wszystkie pytania), szczegółowo i z nutką radości, prowadził nauki właśnie Gesze La. I wszystkim polecam jego retrity, jako najbliższe od guru (nauczyciela) do czela (ucznia) przekazy. I uważam, że takie retrity – kameralne pozwalają przyswoić sobie nauki w najlepszy i najszybszy sposób.
Kiedy wracaliśmy do domu tramwajem cały czas próbowaliśmy z Aleksandrem znaleźć miejsce na praktykę Chod. Bo miejsce to musi wzbudzać w nas grozę. Aleksander był za lasem, ale skoro, że byłem harcerzem i las nie wzbudza we mnie przerażenia, to stanęło na cmentarzu Rakowickim o północy, ale skoro z drugiej strony Rakowice – według pani psycholog Doroty Nieder nocą mają cudowny klimat postanowiłem, że zrobimy Chod (czytaj: czid) na cmentarzu żołnierzy radzieckich, bo tam musi być jeszcze najwięcej duchów ludzi, którym odebrano życie w kwiecie wieku, więc ból, strach i przerażenie muszą tam dobijać maksimum i że tam jeszcze musi być, ze wszystkich miejsc na świecie, ich najwięcej. Nie chciałbym powtórzyć błędu, o jakim mówił jeden z praktykujących, który zaczął praktykować Chod we własnym domu. I od tego czasu jego mieszkanie stało się siedliskiem najbardziej przerażających duchów – o których mowa w tekście praktyki, a które przywoływał do siebie ten praktykujący za każdym razem – do tego stopnia, że tuż przed praktyką jego mieszkanie kipiało wręcz od złych duchów, które oczekiwały na conocną ofiarę z ciała jogina, aby nasycić swój głód. Tak, więc i do wykonywania tak zaawansowanych praktyk, jak Phowa, Chod w mniejszym stopniu Tummo, należy przeczytać wskazania i przeciwwskazania do danej praktyki, bo można sobie narobić kłopotów, w postaci nieproszonych gości. Dziękuję Gesze La za wspaniałe przybliżenie do praktyki, przekazanie mocy do praktyki: lungu i wangu. A szczególnie dziękuję mojemu koledze Aleksandrowi za samozaparcie w pchaniu mego wózka, przez wertepy rozkopanych ulic Krakowskiej i Stradomskiej, przy której znajdował się lokal krakowskiej sangi Zen, wypożyczony i przekształcony we wnętrze sangi Bon, na ten retrit. I na koniec dziękuję Maćkowi – tłumaczowi z angielskiego, za to, że wkładał dużo energii w zrozumienie mojego bełkotu i tłumaczenie go na język zrozumiały dla innych.
Jest 23.40. Kiedy poprawię błędy, edytuję tekst. Hej!

Rzeźnia nr 1.

Wczoraj przyjechał mój odwieczny przyjaciel Przemo Grabski z Gliwic. Posiedzieliśmy chwilę u mnie w pokoju, a kiedy zdecydowaliśmy się wyruszyć do Klubu Supernova, gdzie miał się odbyć koncert ‘Agressivy 69’, okazało się, że nikt nie chce po nas przyjechać. Po obdzwonieniu wszystkich sieci taryfowych, jakie miałem w kontaktach zagroziło nam, że nie pojedziemy na koncert, ale pani opiekunka Kasia wreszcie znalazła pod numerem 19666 kogoś kto zgodził się nas zabrać z wózkiem inwalidzkim i już po chwili jazdy znaleźliśmy się na ulicy Gazowej gdzie musieliśmy pokombinować i dopiero w ciemnym zaułku znaleźliśmy powyższy klub. Kiedy kupiliśmy bilety – Przemek wyjaśnił mi co to jest współczesna reklama. Tzn. że koncert ma być bez biletów, potem ci piszą, że bilety są po trzy dychy, a jak już kupujesz to okazuje się, że są po trzydzieści pięć. Po wejściu do klubu  na niewielką salę okazało się już przy próbie jednego z dwóch suportów – „Męczenie owiec”, że stężenie dźwięku jest nie do wytrzymania. Kiedy zaczął się koncert siedziałem na sali w wózku, ale miałem z całej siły zaciśnięte palce w uszach, a wciąż słyszałem zbyt głośno. ”Przegwizdane” – pomyślałem i po jednym utworze ewakuowałem się z sali. Zobaczyłem, że Przemo zrobił to samo i gadał z jakimś starszym gościem o imieniu Waldek, jak mi go przedstawił. Wyszliśmy z klubu na zewnątrz, gdzie panowało przyjemne ciepełko i tam stojąc gadaliśmy sobie przez cały koncert. To znaczy ja mówiłem Przemowi do ucha, a on rozszyfrowywał treść i przekazywał ją dalej. Kiedy się zaczął koncert Agressivy wszedłem jak wszyscy na salę, ale głośność jaką ustawili jej muzycy była nie do przeskoczenia nawet z palcami w uszach. Agressiva to dwóch muzyków na gitarach i jeden na vocalu, który akurat darł się do dwóch mikrofonów, a perkusja i cała reszta szła z podkładu. Czyli takie karaoke, jak walec miażdżące komórki słuchowe. Wyszedłem więc z tej salki, gdzie usuwa się zmysł słuchu i resztę koncertu przesiedziałem na krzesełku  w foyer.
Kiedy akcja odmóżdżania się zakończyła Przemo wyniósł z sali mój wózek i wyjechaliśmy na ulicę. A tu ci stoi ze trzysta osób w długiej kolejce. Na początku nie zajarzyłem i pomyślałem, że to kolejka do taryfy, więc stanęliśmy w niej, ale Przemo zaraz do mnie – do jakiej taryfy. Była to w rzeczywistości kolejka do klubu KOKON, który mieli otworzyć o godzinie 1, ale w kolejce już gówniarzernia chlała wódę na potęgę. Przeszliśmy na drugą stronę i zamówiliśmy taryfę, która szybko nadjechała i zabrała nas do DPS –  u, gdzie rozstałem się z Przemkiem, który powędrował w swoją stronę, a ja do wyrka i lulu. I muszę wam  jeszcze powiedzieć, że po tym koncercie do teraz, a więc do 18.52 słyszę pogłos w uszach.

 

 

Polityka

Dzisiaj rano zbudziła mnie pani Gosia Pliszka i powiedziała, że wycieczka do Myślenic odwołana z powodu złej prognozy pogody, ale że za to idziemy do kina. I to na co? Na film „Polityka” Patryka Vegi. Jako że chciałem zobaczyć ten film w kinie, to nawet się ucieszyłem. Ubrałem się grubo – jak pod Stalingrad w ’43 i zapakowany na wózek wyruszyłem z naszą ekipą – dziewięciu mieszkańców i trzech opiekunek pani Gosi Pliszki, Gosi Guzik i Madzi Bogaczyk. Pojechaliśmy pod Multikino na Dobrego Pasterza, a tam zakupiliśmy bilet na godzinę 14.50 i przemieściliśmy się do Macdonaldsa koło Aquaparku, gdzie spożyliśmy swój prowiant jaki zabraliśmy na całodzienną wyprawę, oraz dokupiliśmy sobie herbaty i szejka. Kiedy wszystko było już zjedzone poszliśmy do galerii handlowej tuż przy kinie, gdzie jedni szwendali się po sklepach, a ja uciąłem sobie godzinną drzemkę. To dziwne, gdy cię budzą, a ty nie znajdujesz się w swoim łóżku, ale w środku pełnej ludzi galerii. Ale jak już mnie zbudzono, to był ten czas kiedy pociągnęliśmy do kina. Więc wchodzimy na salę, tam reklamy a po nich zaczyna się najfajniejszy film jaki widzieliśmy w tym roku. Była to komedia polityczna ukazująca rąbek fartucha polskiej polityki i która w skomasowanym wymiarze jest bardzo śmieszna. Zaczyna się od opowieści o pani premier z dobrej zmiany Beacie Szydło, która została sportretowana jak oderwany od pługa Cinicinatus, który musi się uczyć na pamięć przemówień, bo nic nie rozumie. Następny filmik mówi o związku Macierewicza i Misiewicza, o których chodziły legendy, a który był z powodu tematu najśmieszniejszy, później była część o pośle PiS, który miał romans z modelką, ale który nie wiedział, że myślenie kutasem w polityce to najgorszy pomysł (jak to miało miejsce i w Ameryce Clintona). Później była część o ojcu Rydzyku, która była najbardziej zmyślona, ale miała podstawy w naszej najbliższej historii (te urodziny Stalina w lesie wykupione przez telewizję Rydzyka u działaczy KOD – u, tu mamy kalkę urodzin Hitlera z TVN), a ostatni film był o prezesie, w którym było wszystko na kupę. Np. kiedy prezes mówi ”… i nikt nam nie wmówi, że białe jest białe a czarne czarne…” – podchodzi do niego ochroniarz z notesem w którym napisane jest jak wół: ROZPOREK i Kaczyński zapina sobie na oczach całej sali rozporek z wystającą koszulą (choć wiadomo, że to przejęzyczenie Jarosław Kaczyński wypowiedział w jednym miejscu, a zdjęcie z otwartym rozporkiem zrobiono przy zupełnie innej okazji, ale cóż licentia poetica reżysera).
Tak więc film jest śmieszny do potęgi, bo jeśli reżyser zbiera razem, miesza i łączy wszystkie wpadki rządu, i pokazuje je w ciągu dwóch godzin, to musi to wyjść śmiesznie – choć widać od razu na zamówienie której strony sporu ten film powstał, zresztą to nie jest tajemnicą. No ale ostatnia scena w której Olbrychski – jako poseł senior pokazuje sejmowi dupę to już zupełny ukłon w stronę opozycji i samego Olbrychskiego (naszła mnie po chwili taka myśl, że zeszliśmy do takiego poziomu niżje wsjakoj kritiki, że Hoffmanowi dał onegdaj Olbrychski twarz, a Vedze dzisiaj daje dupy). I ja tu widzę kolejny sukces PiS, bo kto oglądnie ten film – oczywiście że stara zużyta zmiana, która dzięki niemu odtrąbi kolejne zwycięstwo, ale tym tylko spowoduje, że przekorny Polak powie, że ma w dupie taki film i nie pójdzie do kin, ale na wybory, aby utrzeć tej ‘inteligencji’ nosa. I w następnych wyborach, które już za niecałe 20 dni zagłosuje oczywiście na PiS. Tak że film świetny, ale jako polityczny straszak bezużyteczny i wywrzeć może jedynie przeciwny skutek do zamierzonego – czyli wy nam naplujecie nim w twarz, a my wam za to oddamy przy urnie. I znowu miało być tak pięknie, a wyszło do dupy – ta pożal się boże opozycja nie nauczyła się nic z polityki – walą na odlew, bez żadnego makiawelicznego pomysłu i finezji. A naszła mnie tak a refleksja , że ten film to kalka filmów Barei, który opisywał życie szarego człowieka, bo nie mógł sięgnąć do władzy, a Vega już może. A i jeszcze do tego to powiększanie za pomocą szkieł kontaktowych oczu prezesa, żeby wygadały na bardziej nienawistne też zauważyłem.

Igrce w Cyklopie.

I właśnie wczoraj przyszedł ten dzień – dzień klasowego spotkania mojego rocznika maturalnego ’83. Od zeszłego roku spotykamy się co rok, aby nie przeżyć szoku poznawczego za pięć lat. Takie spotkania to zawsze okazja do poopowiadania o sobie i worek śmichu do tego. Nie będę przytaczał tu rozmów jakie podsłuchałem, bo wszystkie były zabawne, może tylko te strzępki, które mi najgłębiej utkwiły w pamięci: opowiadanie Krzyśka Franka o jego pasji pieczenia chleba. Ma gościu wielki piec do pieczenia chleba w ogrodzie i trzy sześcioletnie zakwasy, które dożywia co tydzień. Krzysiek jest świetnym opowiadaczem, jak i wszyscy inni moi współklasowicze. Albo opowiadania naszego profesora Sławomira Cynka o tym, że jeden gościu z Polski na międzynarodowej olimpiadzie matematycznej zdobył maksymalną liczbę punktów, albo wspomnienia Jacka Starzyckiego i Leszka Ląda o ich najdłuższych wspólnych wakacjach na stopie. Najbardziej jednak ubawiły mnie dwie wypowiedzi Jurka Skucińskiego, który opowiadał jak kiedyś na stopie złapaliśmy ciężarówkę z otwartą paką, która wiozła butle z acetylenem, na których się rozsiedliśmy, jedziemy, a ja wyciągam papierosa, bo mi się palić zachciało (ciężarówkę z acetylenem pamiętam, ale to z papierosem wyleciało mi z pamięci, choć znając siebie to musiało tak być), a drugie to to, kiedy wychodzę z jednym moim kolegą na fajkę to Jurek mówi na całą salę Cyklopa: – O! narkomani idą palić. Tych opowiadań z przeszłości było mnóstwo, więc nie przytoczę więcej choć opowiadania o studiach na politechnice wywoływały szczególne wybuchy śmiechu całej naszej klasy. Na koniec Jacek Starzycki i Leszek Ląd (opowiadając o Wyspach Kanaryjskich – światowi ludzie) podwieźli mnie pod hotel Radisson na ulicy Straszewskego i tam się rozstaliśmy – Leszek poszedł do mieszkania na Kościuszki, a my z Jackiem wsiedliśmy w taryfę do mojego DPS – u, gdzie się z Jackiem pożegnałem. Ale po powrocie do mojego mieszkadła nie mogłem zasnąć aż do szóstej, wspominając to spotkanie, które musimy kultywować, bo to najwspanialsza okazja posiedzieć i pogadać z kimś kogo się tak dobrze zna, że nie musi się krępować, jak przy innego typu spotkaniach, gdzie nie znamy kompanionów i musimy się pilnować. My nie mamy przed sobą tajemnic i to nas łączy. A i co roku dochodzą nowe fakty i zdarzenia, więc jest o czym gadać, choć wspomnienia z Nowodworka są zawsze wdzięcznym tematem i kopalnią radości.
Podziękowania tym razem płyną jak zwykle dla Jacka Starzyckiego za to że zajmował się mną od DPS – u, do DPS –u, no i oczywiście dla Jurka Skucińskiego za jego determinację w organizowaniu nam takiego wspaniałego wieczoru, bo wśród swoich czujemy się naprawdę komfortowo. No i oczywiście dziękuję wszystkim przybyłym, czyli od lewej mojej ręki, przy stole Krzysiek Frank, Leszek Ląd, Beata Greffkowicz, Ania Antos, Jacek Starzycki, Piotrek Strugała, Sławek Cynk, Jurek Skuciński i Joasia Budka (nazwiska dziewczyn podaję de domo). Czyli ze mną dziesiątka – jak na 22 osobową klasę to świetny wynik. My się naprawdę lubimy i przychodzimy na te spotkania wnosząc z sobą uśmiech i dobry humor.
Houk!

Piknik u Jawora – 2019.

No i zakończył się kolejny Piknik u Jawora. Na wstępie o godzinie 14.30 rozległ się hejnał z Wieży Mariackiej, a ja popędzałem swojego roomera Bogdana, żeby mnie już wywiózł na pole, ale przy tym guzdraniu się to przeoczyliśmy również mowę powitalną dyrektora Jaworskiego, który potem chodził w swojej liberii i koronie witając gości, jako król Krak – bo taka była tegoroczne dewiza pikniku „W grodzie Kraka”. A scenografia jaką pod ten motyw wykonały nasze panie z terapii – coś pięknego: Bannery z hasłami „Nie wywołuj smoka z łanów” i „ Nie ten mądry co ino księgi czyta” były ogromne i wykonane taką techniką, że były stylizowane na arrasy. Pani Ela, która usadowiła mnie, mojego roomera Bogdana i Pawła poszła se i my siedzimy jak te siroty, a wkoło trwa wielkie ucztowanie. Więc po pewnym czasie wkurwiłem się na to i mówię do Bogdana, żeby załatwił coś do picia, ale ta znowuż sirota przyniósł po dziesięciu minutach dwa kubeczki wody gazowanej. No to ja się pytam Pawła: gdzie ma swoje bloczki, a on na to że ni chuja – tzn. pani Ela nie zostawiła mu nic. No to wysłałem mojego roomera po coś do żarcia. Wrócił – chwała Bogu – przyniósł dwa bigosy. Którego połową już miałem się podzielić z Pawełkiem, ale wreszcie przyfalowała pani Ela, szybko nam załatwiła butelkę z wodą gazowaną i nakarmiła Pawła porcją grochówki. A w międzyczasie wystąpił zespół tańca średniowiecznego prezentując włoski styl tańca z flagami, a później tańce – też włoskie od XII wieku po tarantelę. Do tego wszyscy pracownicy, którzy brali udział w tegorocznym pikniku byli również poprzebierani w stroje z epoki średniowiecza. W sukni królewskiej występowała pani Kasia, a w strojach hrabini występowały panie – prowadząca cały show pani Marzenka, pani Basia, pani Gosia, pani Jadzia z terapii i prowadząca aukcję pani kierowniczka Jadzia Worobiej, ale najlepszy strój knechta miał pan Jarek Pinis, wraz z jego skórzanymi spodniami prezentował się równie pęknie jak przebrane w stroje ludowe panie Agnieszka – uwieczniająca cały piknik aparatem i pani Beatka Łempicky, która nigdy nie odpuści możliwości potańczenia sobie na pikniku. Tańce to i były, ale muzyka z puszki to nie to co żywa kapela. Poza tym widziałem również, panią kierownik Renatę, panią Renatę z rehabilitacji, panią Gosię opiekunkę z naszego piętra, pana Witka i panią psycholog Natalię, którą chciałem namówić na wyrwanie całej butelki oranżady. Ale cóż tu pisać o obecnych skoro na scenie odbywało się przedstawienie naszego teatru o zaczarowanym ogrodzie, gdzie kwiaty gadają, a na koniec puścili moją ulubioną piosenkę Rokiczanki „ W moim ogródecku” („…nie chce nie napoje, bo się kunia boje, bo się kunia boje bo jescem młoda…”) i tym podbili całą widownię. Wszystko byłoby pięknie gdyby i mnie ktoś obsłużył jak obsługiwali niepełnosprawnych z innych DPS – ów, którym (przy moim stole) ich opiekunowie przynosili ciągle ciasta, oranżadę, a ja z Pawłem siedzieliśmy o suchym pysku w słońcu i przełykaliśmy ślinę. Nawet próbowałem się poniżać przed tymi innymi opiekunami i prosiłem o kubek oranżady, ale nic nie wskórałem. A później pani Ela mi mówi, że mogę mieć za swój bloczek tylko jedno ciastko, a ci inni wyrzucali po pół z każdego ciasta, bo już byli tak napakowani, że już więcej nie mogli, na które to ułomki patrzyliśmy głodnym wzrokiem.
Aż wreszcie gdy przejedliśmy swoje bloczki, Bogdan podjechał moim wózkiem do przodu, gdzie wypatrywaliśmy co ładniejsze laski pośród tańczącymi, a kiedy zrobiło się zimno, bo słońce zaszło pojechaliśmy do pokoju skąd nasłuchaliśmy odgłosów hucznej imprezy, która odbywała się do 21, po drugiej stronie naszego domu.